Nowa gra RPG akcji od twórców Pokémonów przekonuje solidnym systemem walki, ale w miarę postępów w grze cierpi na skrajną powtarzalność.
W pierwszych godzinach „Beast of Reincarnation” wydawało się prawdziwym objawieniem w świecie gier. Wędrowałem po porośniętych roślinnością ruinach, z punktów widokowych podziwiałem rozległy świat gry i z szerokim uśmiechem przedzierałem się przez hordy skażonych bestii. System walki, dzięki sprytnemu połączeniu dynamicznej akcji i taktycznej głębi, idealnie trafił w mój gust. Entuzjazm był tak wielki, że niemal wybaczyłbym Game Freak to, że kiedykolwiek zarażono świat plagą Pokémonów.
Jednak wkrótce te obiecujące fundamenty zaczęły gwałtownie się kruszyć. Gra w wielu momentach sprawia wrażenie niedokończonego, wielkiego projektu. Jakby Game Freak stworzyło ogromny świat, by potem stwierdzić, że brakuje zarówno czasu, jak i budżetu, by wypełnić go różnorodnymi aktywnościami, mocną fabułą i ożywić go.
Wynikiem tego nie jest bynajmniej zła gra, co sprawia, że cała sytuacja jest niemal jeszcze bardziej irytująca. Beast of Reincarnation ma bowiem potężne podstawy, cudownie oryginalny styl i kilka naprawdę dobrych pomysłów. Tytułowi wyraźnie brakuje jednak różnorodności przeciwników, urozmaicenia, a przede wszystkim gotowości do zakończenia gry w odpowiednim momencie. Podobnie jak trzygodzinny film, którego fabuła świetnie sprawdziłaby się również w zwięzłych 90 minutach, gra ostatecznie myli samą objętość z prawdziwą treścią.
Table of Contents
Zainfekowana Japonia i całkiem fajny pies
Akcja przenosi nas do roku 4026. Agresywna epidemia zniszczyła Japonię, spowodowała mutację zwierząt w niebezpieczne Malefacts i doprowadziła do zarastania całych obszarów. Tylko garstka ludzi przetrwała katastrofę; reszta wegetuje jako ludzkie dusze w sztucznych robotycznych ciałach..
W centrum opowieści znajduje się Emma, która potrafi pochłaniać zepsucie, kontrolować rośliny oraz wykorzystywać swoje zmutowane w pnącza włosy zarówno jako broń, jak i środek poruszania się. Towarzyszy jej Koo, wielki biały pies, który choć sam należy do Malefacts, jest jednak zdecydowanie najbardziej sympatyczną istotą w tym zniszczonym świecie.
Emma i Koo wyruszają razem, by pokonać potężnych Nushi. Te gigantyczne Malefacts stanowią bossów poszczególnych stref. Duet pochłania ich moc, dzięki czemu nabywa nowe umiejętności i przygotowuje się do walki z Bestią Reinkarnacji, która najwyraźniej jest źródłem zepsucia. A przynajmniej czymś w tym rodzaju. W pewnym momencie przestałem już zbyt uważnie śledzić fabułę: dialogi i sekwencje przerywnikowe wydawały mi się tak nudne, że moja ręka regularnie sięgała po telefon. Niestety nie da się tych sekwencji pominąć. Przynajmniej można klikać kolejne zdania w licznych dialogach, skracając w ten sposób nieco tę narzuconą przerwę w narracji.
Paryrowanie dla psa
Jeśli gra „Beast of Reincarnation” wyróżnia się w czymś, to właśnie w systemie walki. W walce wręcz Emma polega na połączeniu lekkich i ciężkich ciosów katana, podczas gdy łuk i kusza zapewniają jej zasięg. Do tego dochodzą manewry unikowe, blokady i niezbędny system parowania: idealnie wyczute kontry nie tylko przełamują postawę wroga, ale także ładują punkty kwiatowe – paliwo dla cennych umiejętności waszego towarzysza.
Po otwarciu menu poleceń Koo gra przechodzi w tryb zwolnionego tempa, pozwalając wam spokojnie wybrać odpowiednią umiejętność. Koo unieruchamia wrogów za pomocą magicznych korzeni, odpiera ich ataki, nakłada na nich nieprzyjemne efekty statusowe lub uzupełnia pasek zdrowia Emmy. Tworzy to cudownie dynamiczny rytm: walczycie w czasie rzeczywistym, generując zasoby dzięki precyzyjnym parowaniom i zatrzymując akcję na krótką chwilę, by zaplanować kolejny ruch.

A tak przy okazji: nawet na normalnym poziomie trudności okna czasowe na parowanie są stosunkowo szerokie – więc nawet osoby o dwóch lewych rękach nie muszą od razu przechodzić na najłatwiejszy poziom. Chociaż „Beast of Reincarnation” zapożycza z gatunku soulslike takie elementy jak ogniska i wymagających przeciwników – niektóre obszary podczas eksploracji budzą nawet lekkie skojarzenia z „Elden Ring” – to jednak porażki są karane znacznie łagodniej. Po śmierci nie tracicie ani wyposażenia, ani doświadczenia, a punkty zapisu są rozmieszczone w sposób sprawiedliwy.
Dzięki rozbudowanym drzewkom talentów możliwe są niezwykle wszechstronne konfiguracje postaci. Wyspecjalizuj Emmę w walce wręcz, broni dystansowej lub magii roślinnej, a Koo wykorzystaj dowolnie jako uzdrowiciela lub atakującego. W „Beast of Reincarnation” nie brakuje więc narzędzi. Gra zbyt rzadko stawia przed wami nowe wyzwania. Zbyt mała różnorodność typów przeciwników to tylko jeden z problemów – fakt, że wielu z nich można pokonać zawsze według tego samego schematu, dodatkowo osłabia przyjemność z gry.
Pusty świat
Gra „Beast of Reincarnation” nie posiada spójnego świata otwartego. Zamiast tego podróżujecie po kilku rozległych obszarach, które można swobodnie eksplorować. Koncepcja ta sprawdza się znakomicie zwłaszcza w pierwszych rozdziałach.
Jednak mimo że wspinanie się na wysoki punkt widokowy i dostrzeganie obiecujących miejsc w oddali daje poczucie wielkości – pozory mylą. Porośnięte roślinnością ruiny, opuszczone tereny fabryczne, lasy i pustkowia stanowią co prawda fotogeniczne tło, ale z bliska szybko tracą na atrakcyjności. Kiedy na przykład eksploruje się gigantyczny, wielopoziomowy kompleks jaskiń, by ponownie zmierzyć się tam z tymi samymi, powtarzającymi się typami przeciwników i jako nagrodę zgarnąć skrzynię bez żadnej wartości, iluzja całkowicie się rozpada. Nie da się pozbyć wrażenia, że twórcom na ostatniej prostej zabrakło sił, by wypełnić ten wspaniały świat gry wciągającą treścią.
Za to umiejętności Emmy sprawiają, że poruszanie się jest przyjemnie szybkie. Jej włosy działają jak pnącza: tworzą mosty nad przepaściami, katapultują ją w górę lub umożliwiają ataki z góry. Ponadto włosy Emmy można wykorzystać jak hak, by przyciągnąć się do punktów kotwiczenia i w ten sposób bez wysiłku pokonywać większe odległości oraz różnice wysokości. To naprawdę fajne, ale nie zawsze działa precyzyjnie.
Choć eksploracja jest początkowo fascynująca, świat ten nie sprawia wrażenia organicznego. Przypomina raczej sztuczne środowisko, w którym ktoś umieścił kilka stworzeń, a następnie rozłożył łupy. Przeciwnicy i otoczenie rzadko tworzą spójną opowieść. Ponadto Koo automatycznie wykrywa przeciwników, łupy i interesujące miejsca, przez co podczas eksploracji prawie nie ma miejsca na niespodzianki ani prawdziwą radość z odkrywania.

Beast of Powtarzalność
Po kilku godzinach staje się jasne, jak niewiele zmienia się podstawowy przebieg rozgrywki. Wkraczacie na obszar, podążacie śladami Nushi, pokonujecie zwykłych przeciwników, zbieracie materiały i w końcu stajecie do walki z wielką istotą. Następnie rozpoczyna się kolejny rozdział z bardzo podobnym scenariuszem.
Gra tak mocno skupiona na walce potrzebuje rzeszy przeciwników, którzy regularnie wystawiają jej systemy na próbę. Właśnie tego brakuje. „Beast of Reincarnation” każe wam raz po raz rozbierać na części te same zwierzęta, maszyny i humanoidalnych przeciwników. Późniejsze warianty są bardziej wytrzymałe lub zadają większe obrażenia, ale rzadko wymagają zmiany taktyki.
Również Nushi z czasem tracą swoją groźność, ponieważ „Beast of Reincarnation” wciąż je wyciąga z szafy. Rewanż może być kuszący, jeśli warunki i taktyka ulegną zasadniczej zmianie. Tutaj jednak znane potwory są zazwyczaj tylko nieznacznie modyfikowane i ponownie wypuszczane na graczy.
„Beast of Reincarnation” zasypuje graczy bronią, materiałami, amuletami, kamieniami duchowymi, składnikami i zleceniami badawczymi. Wiele z tych elementów nie ma większego znaczenia dla rozgrywki, co nieuchronnie rodzi pytanie, dlaczego gra jest przeładowana takimi błahostkami, podczas gdy oszczędza na podstawowych elementach. Gotowanie, uprawa warzyw i wykluwanie jaj to miłe dodatki, ale sprawiają, że gra staje się tylko szersza, a nie głębsza.
Skrócona do dwunastu godzin gra „Beast of Reincarnation” byłaby prawdopodobnie znacznie lepsza. Najmocniejsze obszary, walki z bossami i umiejętności nie straciłyby nic ze swojego uroku, a przeciwnicy i sekwencje nie powtarzałyby się aż do znudzenia. Zamiast tego mój początkowy entuzjazm w ciągu około 25 godzin przekształcił się najpierw w rutynę, a w końcu w zmęczenie.
Beast of Reincarnation: Podsumowanie recenzji
Podczas walki raz przypominała mi się gra Sekiro, innym razem Final Fantasy 7 Remake. Świat gry i atmosfera przypominały mi natomiast momentami NieR: Automata i Horizon: Zero Dawn. Szczególnie mocna jest współpraca między Emmą a Koo: oboje doskonale się uzupełniają, a potężne bitwy są dla mnie powodem, dla którego ostatecznie przyznaję trzy gwiazdki zamiast dwóch. Podobała mi się również sceneria i styl graficzny. Jednak przygoda jest po prostu zbyt długa w stosunku do tego, co ma do zaoferowania pod względem rozgrywki.

