Ekspert od strzelanek Daniel jest przekonany, że skupienie się na jak najwygodniejszym i najłatwiejszym grindowaniu było wielkim błędem.
Od czasuModern Warfarez 2019 roku Call of Duty ma ogromny problem: zlikwidowało tak wiele barier, pułapek i przeszkód, że stało się monotonne, a co za tym idzie – nudne. Dlatego w 2026 roku Infinity Ward musi pilnie stworzyć kolejną grę CoD, która odważy się być frustrująca!
Wszyscy przewidujcie, kiedy ukaże się MW4
Stawiam na 22 września pic.twitter.com/lxEu2zlNHE
— TDAWG (@tdawgsmitty) 12 kwietnia 2026 r.
Zabawa z dawnych czasów
Kiedy ludzie z nostalgicznym błyskiem w oczach zachwycają się tym, jak wspaniała była gra Call of Duty w starych, dobrych czasach, mają na myśli właściwie to, że: CoD było kiedyś cudownie irytujące, frustrujące i niesprawiedliwe.
Zaczynało się to już od projektu map: nie było wtedy projektów z trzema liniami, zaprojektowanych z myślą o e-sporcie. Nie, mapy były pełne korzystnych pozycji, podstępnych kątów i wciągających szczegółów. Były to pola bitew, a nie areny.
Niektóre mapy były w pełni dostosowane do snajperów i dawały im wyraźną przewagę. Na niektórych mapach bez strzelby lub pistoletów maszynowych nie było sensu w ogóle startować. Mapy imitowały prawdziwe miejsca i były wciągające. W tych CoD walczyło się nie tylko z innymi graczami, ale w pewnym sensie także z samą mapą – na przykład o kontrolę nad korzystnymi pozycjami.
Kiedy wtedy w meczu zostałem całkowicie zmiażdżony, to nie (tylko) dlatego, że moi przeciwnicy po prostu lepiej strzelali – ale dlatego, że lepiej wykorzystywali i kontrolowali mapę. Modern Warfare przywróciło właśnie to wraz z restartem w 2019 roku. I spotkało się to z ogromną krytyką. Częściowo słusznie, bo niektóre pola gry były zbyt rozległe, co mocno zakłócało tempo rozgrywki. Ale: Infinity Ward wyraźnie próbowało przywrócić mapy z duszą i tożsamością.
Ogólny ton wielu graczy: jeśli nie widzę lądu, to winę musi ponosić projekt gry. Dla niektórych fanów, a także twórców, w tym momencie było najwyraźniej jasne: W przyszłości musi chodzić wyłącznie o walkę „gracz kontra gracz”. O wyrównane porównanie umiejętności. Całkowitą sprawiedliwość. Bez irytujących czynników zakłócających, takich jak wymagający projekt map, ograniczone zasoby czy ekscytujące mechaniki.
Problem polega na tym, że CoD było kiedyś fajne właśnie dzięki (a nie pomimo) tym czynnikom zakłócającym. Przynajmniej w dłuższej perspektywie.
Gdy pozostaje tylko grind
To, że do dziś wciąż dyskutuje się o MW19 (a czasami, nawet 7 lat po premierze, zbliża się ono liczbą graczy do Battlefield 6), jest wyraźnym znakiem, że właśnie te (celowo wprowadzone!) trudności i niekonwencjonalność w projekcie gry mają ogromne znaczenie. To dzięki nim przeżywam przygody. Dzięki nim każdy mecz jest nieco inny. Dzięki nim uczę się, jak stać się lepszym, zamiast tylko mechanicznie grindować.
Pokonywanie prawdziwych wyzwań to kluczowy aspekt, który grozi utratą, ponieważ Call of Duty w ostatnich latach wygładziło wszystko tak bardzo, że absolutnie nigdy nie dzieje się już nic nieoczekiwanego.
Każdy mecz to nic innego jak rywalizacja w czystych refleksach i umiejętnościach celowania. CoD staje się wyidealizowaną wersją Aimlabs. Jedyne, co pozostaje na dłuższą metę: więcej grindowania. Podnoszenie statystyk. Wyższy wynik. Więcej zabójstw. Więcej odblokowań.
Ale w CoD powinno chodzić o coś więcej. Powinienem być zmuszony do ryzykowania. Musiałbym używać mózgu. Musiałbym rozumieć złożone sytuacje.
Zamiast narzekać i domagać się usunięcia min Claymore, bo i tak są niesprawiedliwe i przeznaczone tylko dla głupich camperów, gracze powinni opracować metody i taktyki, aby sobie z nimi poradzić.
CoD musi być niewygodne. Ponieważ MW19 było tak cholernie niewygodne, to (w przeciwieństwie do wszystkich swoich następców) do dziś jest przedmiotem rozmów w społeczności.
I tak, może to również obejmowaćograniczoną minimapę, aby ludzie w końcu znów otworzyli oczy i nastawili uszy, zamiast tylko gonić za czerwonymi kropkami. Niezależnie od tego, ilu influencerów się tym strasznie denerwuje.
Potrzebujemy odwagi, by być surowym
Sama rozgrywka i progresja nie są już w stanie utrzymać Call of Duty. Nie ma już ekscytujących dyskusji, nie ma historii do przeżycia, jest tylko grind. A to staje się nudne, zupełnie bez względu na to, ile map z trzema liniami czy nowych trybów pojawi się jeszcze w sezonie.
Modern Warfare 4 ma się ukazać w 2026 roku. A moją największą nadzieją jest to, że Infinity Ward przywróci właśnie ten charakter sandboxu, który tak bezlitośnie zginął w wygładzonym, pozbawionym tarć designie ostatnich lat, że ostatnie sześć części CoD już dawno wymieszało się w mojej głowie w jedną, kompletną papkę.
Ale do tego potrzebni są też twórcy, którzy podejmą to wyzwanie i odważą się stworzyć ponownie żmudną, niesprawiedliwą i wyczerpującą grę CoD. Taką, która nie podporządkowuje się sztywnym zasadom, których część społeczności wydaje się bronić z całych sił, gdzie wszystko, co odbiega od „złotego środka e-sportu” lub nie jest niekończącą się strzelaniną służącą maksymalnemu awansowi na wysokie poziomy, jest natychmiast traktowane jako ogromna wpadka.
Walki muszą w końcu znów przypominać wymianę ognia. A do tego należą również nieprzewidywalne sytuacje. Należą do tego broń i gadżety, które nie są w 100 procentach zrównoważone pod kątem sprawiedliwości.
Należą do tego również odważne mapy o wielu różnych rozmiarach i podejściach projektowych, na których niektóre pozycje są po prostu silniejsze od innych. MW4 musi przywrócić prawdziwy charakter. Ale prawdziwy charakter potrzebuje również swoich krawędzi i nierówności.
Jestem przekonany: Modern Warfare 4 może odnieść sukces tylko wtedy, gdy odważy się ponownie zapewnić nam prawdziwe wzloty i upadki z dawnych czasów CoD. Tak jak zrobiło to już kiedyś MW19.

