Locust wyszedł z ukrycia: Gears of War: E-Day ujawnił mnóstwo fragmentów rozgrywki; ta strzelanka to jedna z największych kart w rękawie Microsoftu. A my dowiedzieliśmy się jeszcze więcej zza kulis.
Wywiady z twórcami gier klasy AAA często należą do najbardziej uciążliwej części mojej pracy. Siedzisz tam z profesjonalistami, którzy przez lata przechodzili szkolenia medialne, otoczony przez ludzi z działu PR, którzy skrupulatnie dbają o to, by żadne wypowiedziane słowo nie odbiegało od oficjalnego komunikatu prasowego. I hej, nawet to rozumiem – wszyscy już doświadczyliśmy, że w erze internetu dwa nieodpowiednie zdania mogą wywołać lawinę. Prawdopodobnie Yves Guillemot do dziś budzi się z przerażeniem i krzyczy „Gra AAA!”
Tym bardziej odświeżające jest, gdy twórcy hitów po prostu gadają bez cenzury. Na przykład w przypadkuGears of War: E-Day. Siedzę w Los Angeles, tuż po wielkiej prezentacji Xbox, w oddzielnym pokoiku z Mattem Searcym, Aryanem Hanbeckiem i Nicole Fawcette – wszystkimi kluczowymi postaciami stojącymi za nową odsłoną Gears – aby porozmawiać o wszystkim, co chcę wiedzieć o nowej odsłonie Gears, tak jak mi się podoba. Nie ma żadnych ograniczeń, żadnego scenariusza, żadnych zasad.
Jednak studio The Coalition ma też sporo do nadrobienia. Gears 5 z 2019 roku ma gorszą reputację niż pizza hawajska. Jeśli chodzi o otwarty świat, fabułę, mikrotransakcje i projekt gry, dla wielu fanów tytuł ten poszedł w zupełnie złym kierunku. Nic dziwnego, że od siedmiu lat panuje cisza.
Gears of War: E-Day chce to zmienić dzięki spektakularnemu powrotowi. A ja wychodzę z tego spotkania z całkiem dobrym wrażeniem, bo moim zdaniem ta strzelanka zmierza w trzech naprawdę dobrych kierunkach.
1. Otwarty świat, który nim nie jest
Gears 5 to jedna z ostatnich ofiar fali mody na świat otwarty z lat 2010. Pamiętacie: wydawało się, że każda nowa superprodukcja nagle potrzebowała otwartego świata gry, by umieścić to modne hasło na opakowaniu i, w idealnym przypadku, wpleść w nią jeszcze elementy gry jako usługi, aby gracze jak najdłużej pozostawali przy grze. Czasami to się sprawdzało… ale nie w przypadku Gears 5.
Puste, otwarte obszary i narzucone fragmenty z pojazdami są do dziś największym punktem krytyki wobec Gears 5. Quasi-kontynuacja, E-Day, odnosi się do tego więc jasno i wyraźnie: coś takiego się nie powtórzy.
Tym bardziej ironiczne jest to, że dyrektor artystyczny Aryan Hanbeck niechcący wypowiada termin „otwarty świat”, ale natychmiast poprawia tę pomyłkę: w E-Day zrezygnowano z fragmentów typu open world. Żadnego bezcelowego błąkania się, żadnych narzuconych przejazdów pojazdami. Nie oznacza to jednak, że E-Day będzie całkowicie linearny.
The Coalition stara się osiągnąć lepszą równowagę niż w poprzedniej części, bo jak wyjaśnia Aryan Hanbeck: w E-Day w większości przypadków wykonujecie w pełni skryptowane misje w zniszczonym mieście Kalona, ale od czasu do czasu poziom się otwiera. Wtedy w obrębie danej dzielnicy możecie dość swobodnie decydować, dokąd najpierw chcecie się udać, w tym realizować opcjonalne cele misji.
Na przykład, według własnego uznania, możecie uratować jakąś grupę w opałach przed Locustami i otrzymać za to nagrody fabularne lub wyposażenie. Alternatywnie możecie zignorować tę grupę (wstydźcie się).
Moim zdaniem brzmi to jak idealny kompromis: właśnie imponujące miasto marnuje swój potencjał w czysto liniowych poziomach, więc odrobina otwartości nie zaszkodzi. W idealnym przypadku areny walki staną się bardziej piaskownicą, w której naprawdę swobodnie decyduję, jak, gdzie i co atakuję. Bardzo fajne.
2. Więcej swobody ruchu
Kiedy pojawiła się pierwsza część „Gears of War”, strzelanki z systemem osłon były rewolucyjne. W końcu mogłem bez problemu strzelać w strzelankach na konsoli, bo miałem czas na złapanie oddechu i wycelowanie. Strzelanki z systemem osłonowym ostatecznie otworzyły konsolom drzwi do mainstreamu, po tym jak kilka lat wcześniej Halo i spółka już tam wkroczyły.
W 2026 roku sytuacja uległa zmianie – strzelanki na konsolach są już od dawna na porządku dziennym, natomiast strzelanki z systemem osłonowym są coraz rzadsze. Mimo to E-Day podejmuje słuszną decyzję, by nie rezygnować z tej esencji marki. To, że żołnierze z serii Gears, w swoich ciężkich zbrojach, z trudem wciskają się w osłony, zgniatając przy tym drzwi samochodów, podczas gdy wokół nich
Marcus i Dom zyskują jednak kilka nowych sztuczek. Gra będzie odtąd rozróżniać różne wysokości osłon, więc bohaterowie Gears będą częściowo przemieszczać się wzdłuż barykad o wysokości jednego metra. Ponadto będą mogli ślizgać się na krótkich dystansach. I skakać! Twórcy od razu zaznaczają, że skoki w Gears nie są panaceum na unikanie ostrzału wroga. Gears nie stanie się więc klonem CoD, w którym wszyscy skaczą jak szalone króliczki.
Szczególnie w trybie wieloosobowym liczę, że nowe możliwości poruszania się zapewnią bardziej nowoczesny przebieg rozgrywki – brzmi to jak właściwy kierunek zmian.
3. Cofamy się w czasie
Podobnie jak w przypadku Halo, fabuła sagi Gears po zakończeniu trzeciej części znalazła się w prawdziwym impasie. Jednocześnie złote lata serii minęły już tak dawno, że prawdopodobnie trzeba będzie na nowo przekonać przyszłe pokolenie młodych graczy do uroku Gears. Fakt, że E-Day cofa się w czasie, rozwiązuje tu dwa problemy za jednym zamachem.
E-Day ma wszystko, by stać się dla sagi Gears tym, czym Halo: Reach było dla serii Halo: Mroczna prequelowa historia, która ukazuje świat, z którym dotychczas mieliśmy do czynienia jedynie w książkach i komiksach. Zanim bowiem Gears ruszyli do walki z Locustami, właśnie wyszli z gigantycznej wojny domowej przeciwko samym sobie. Podobnie jak Spartanie w „Halo”, również Gears są w rzeczywistości częścią faszystowskiej machiny wojskowej, która bezlitośnie wyzyskuje ludzi.
Chciałbym kiedyś doświadczyć tego świata Sera w grze. Społeczeństwa, w którym „źli” stają się „dobrzy” tylko dlatego, że walczą z jeszcze gorszymi złoczyńcami. Społeczeństwa, które pod względem technologicznym przypomina Ziemię, ale w głębi duszy funkcjonuje zupełnie inaczej. Społeczeństwa pełnego sprzeczności, które rodzi surowych bohaterów, takich jak Marcus, Dom i spółka.
A upadek cywilizacji kryje w sobie potencjał na mnóstwo świetnych opowieści – zarówno tych małych, jak i wielkich – snutych poprzez otoczenie lub bezpośrednio w dialogach. Ciągle spotykam się z rozczarowaniem, że E-Day nie nawiązuje do fabuły Gears 5, ale z drugiej strony jestem głęboko przekonany: w przeszłości uniwersum Gears kryje się jeszcze mnóstwo fabularnych perełek. Najwyższy czas, żeby ktoś je odkrył.
A fakt, że twórcy współpracują tu nawet z Karen Traviss, autorką oryginalnych powieści z serii Gears, to coś więcej niż tylko wisienka na torcie. Daje mi to nadzieję, że twórcy z The Coalition wiedzą, jak postępować z dziedzictwem serii Gears. Albo przynajmniej w końcu wyciągnęli wnioski z porażek poprzednich części.
Podsumowanie redakcji
Gears of War: E-Day to dla mnie największa atrakcja Summer Game Fest 2026. Choć uważam, że różnorodność zarówno dużych, jak i małych gier poza wielkobudżetowymi hitami jest fantastyczna: to jednak dwie, trzy gry rocznie mogą śmiało przesuwać granice tego, co jest obecnie technicznie możliwe. A „E-Day” wydaje się właśnie to robić. Upadek Kalony zapowiada graficzną eksplozję, która nie ma sobie równych.
Ale co więcej: zapowiada powrót serii „Gears” do dawnych atutów. Z naciskiem na klasyczne strzelaniny z Locustami, klasyczną dynamikę relacji między postaciami i klasyczne zalety projektowania gier. Żadnego otwartego świata, żadnego sztucznego szaleństwa związanego z odblokowywaniem elementów, żadnej meandrującej fabuły, która istnieje tylko dlatego, że jakoś trzeba iść dalej.
The Coalition stawia sobie właśnie te właściwe cele. Teraz gotowa gra musi tylko spełnić oczekiwania – i właśnie w tym zakresie mam obecnie największe wątpliwości. Gears of War: E-Day ma potencjał, by jako pierwsza gra z serii Gears w erze po Epic dorównać geniuszowi klasyków. Ale to cholernie duże ślady, w które musi się wpasować.

